Polskie, historyczne Wigilie…
Wigilia to czas miłości, serdeczności i pokoju. Świąteczne chwile zwykle należą do najcenniejszych momentów w życiu każdego człowieka. W ten wyjątkowy w polskiej tradycji wieczór zatrzymujemy się i spędzamy czas w gronie bliskich nam osób. Dzielimy się białym opłatkiem, który podajemy sobie z rąk do rąk, na znak wspólnoty, zgody i radości ze spotkania. Zasiadamy też wtedy przy nakrytym białym obrusem stole. Śpiewamy kolędy i w głębi duszy pragniemy, aby te wspólne chwile trwały dłużej. Tradycja polskich Wigilii jest wyjątkowa i szczególnie uroczysta, gdyż w tym momencie wycisza się cały nasz świat. Otwierają się ludzkie serca i drzwi domów, czasami długo zamkniętych. Panuje wtedy pokój i radość, wspominamy też minione lata oraz Tych, których już z nami nie ma przy świątecznej, uroczystej wieczerzy.
Polskie wigilijne spotkania nie zawsze oznaczały radość, pokój oraz możliwość przebywania w gronie rodzinnym. Były takie wigilijne wieczory, które na zawsze pozostaną w pamięci narodu, jako te bolesne i trudne.
Wigilie w Auschwitz to wspomnienie pięciu kolejnych świąt Bożego Narodzenia za drutami niemieckiego obozu, gdzie miały miejsce tragiczne zdarzenia. Pomimo grożących kar organizowano jednak Wigilie. Wspomnienia tamtych dni na zawsze pozostały w pamięci ludzi, którzy doświadczyli piekła Auschwitz. Jedną z najtragiczniejszych Wigilii, zarazem pierwszą za obozowymi drutami, była ta z 24 grudnia 1940 roku. Na placu apelowym hitlerowcy ustawili choinkę oświetloną elektrycznymi lampkami. Pod drzewkiem zostały złożone ciała więźniów zmarłych w czasie pracy oraz zamarzniętych podczas apelu. Rok później, w 1941 roku, Niemcy "zorganizowali" równie tragiczną Wigilię. W czasie powrotu z niewolniczej pracy przy budowie KL Auschwitz II-Birkenau do obozu macierzystego, hitlerowcy zabijali jeńców z komand radzieckich, którzy nie byli w stanie już iść o własnych siłach. Więźniowie mimo to starali się świętować w poszczególnych blokach i pomagać załamanym. Śpiewali kolędy, a następnie Mazurka Dąbrowskiego. Ściskali się serdecznie, gorąco i długo płakali. Zdarzyło się tam też, iż w jednym z bloków, więzień - ksiądz katolicki dostał chleb i zastąpił nim Hostię.
Atmosfera obozowej wieczerzy wigilijnej w 1944 r. była już zupełnie inna. Dni III Rzeszy były policzone. O północy, więzień - ksiądz Władysław Grohs de Rosenburg, za cichą zgodą blokowego i sztubowego, odprawił pasterkę, a 27 stycznia 1945 roku dla więźniów nadeszła już wolność.
Również smutna i owiana tęsknotą była Wigilia 1939 roku w miejscowościach: Ostaszków, Starobielsk, Kozielsk. Kilkanaście tysięcy oficerów, podoficerów, leśników, duchownych, policjantów, urzędników spędzało tam ostatnią w swoim życiu wigilijną wieczerzę. Z notatników wydobytych z masowych grobów w Katyniu wyłania się posępny obraz tamtej mrocznej nocy. Jeńcy tam przebywający, gdy wracali z pracy przez las, zbierali gałązki by zrobić z nich choinkę. Więźniowie mieli stół nakryty prześcieradłem, malutką choinkę i dzielili się opłatkiem własnej roboty, wszystko to odbywało się wśród szlochów i łez. Całą swoją duszą i sercem rwali się oni w myślach do swoich rodzin, spędzali bowiem ten wyjątkowy dzień setki kilometrów od rodzinnych domów, w sowieckiej niewoli. Tysiące Polaków zasiadło tam do uroczystej wieczerzy ostatni raz w życiu… Czy przypuszczali, iż niebawem zostaną zamordowani strzałami w tył głowy, stojąc nad wielkimi dołami, niedaleko stacji kolejowej, gdzieś pośród gęstego lasu?


















